Ocaleni po wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie

Po lewej: ocalały budynek, na dole kościół, na drodze widać sylwetki jezuitów

Wybuch bomby atomowej w Hiroszimie 6 sierpnia 1945 roku był jednym z najstraszliwszych wydarzeń w historii świata. W jednej chwili uległo zniszczeniu 13 kilometrów kwadratowych wielkiego miasta, zginęło 90 tysięcy ludzi. Na jeszcze znacznie większym obszarze radioaktywny pył niósł zagrożenie dla wszystkich. W ciągu kilku lat z powodu ran, poparzeń i choroby popromiennej zmarło kolejne ćwierć miliona osób.

Niecałe półtora kilometra od miejsca, gdzie spadła straszna bomba atomowa, stał dom misjonarzy jezuitów. Według wszelkich zasad fizyki nie miał żadnych szans, żeby ocaleć z tego strasznego piekła na ziemi. A jednak ocalał.

Wybuch w Hiroszimie
Wybuch w Hiroszimie

Badający później to zdarzenie fizycy z Departamentu Obrony USA stwierdzili, że „siedziba jezuitów powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt w takiej odległości nie powinien zostać przy życiu. Ojciec Hubert Schiffer, niemiecki jezuita, rankiem 6 sierpnia 1945 roku po odprawieniu mszy udał się do zakonnego refektarza na śniadanie. Tak potem opisał tę chwilę:

Wybuch bomby w Hiroshimie

„Kiedy zanurzyłem łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo pomyślałem, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy. Upadłem na ziemię, otworzyłem oczy i zobaczyłem, że wokół naszego domu jest pustka, nie ma nic. Wszystko legło w gruzach. Tymczasem ja miałem zaledwie jakieś niewielkie zadrapania. Ze swoich cel wyszli cali i o własnych siłach zszokowani zakonnicy. Po wyjściu z domu zobaczyliśmy na ganku siedzącego kota. Obok naszego domu nietknięty pozostał też zakonny ogródek z pomidorami i innymi warzywami oraz krzaki winogron. Nic nie zostało zniszczone. Z dachu nie spadła ani jedna dachówka. Nawet trawa wokół była taka sama”.

Ojciec Schiffer przewrócił się i doznał poważnego urazu głowy. Ojciec przełożony został trafiony licznymi odłamkami w plecy i dolne kończyny, co spowodowało mocne krwawienie. Wszystkie przedmioty w pokojach zostały porozrzucane, jednak drewniana konstrukcja budynku pozostała nienaruszona!

Ksiądz Shiffer i Robert Lewis, pilot bombowca
Ksiądz Shiffer i Robert Lewis, pilot bombowca

W chwili wybuchu w klasztorze przebywały cztery osoby: przełożony, Francuz, ojciec Hugo Enomiya­-Lassalle, Polak, ojciec Hubert Cieślik, oraz dwóch Niemców: Hubert Schiffer i Wilhelm Kleinsorge. Z 14 duchownych i świeckich zginął jeden, Japończyk. Tymczasem w promieniu kilometra od wybuchu zginęło ponad 85% ludzi.
Natychmiast po tych wydarzeniach ojcowie postanowili pomagać poszkodowanym. Nie dotknęła ich ani choroba popromienna, ani inne dolegliwości spowodowane wybuchem. Tuż obok miejsca wybuchu, w jednej z dzielnic Hiroszimy stał drugi jezuicki dom. Tam także udało się uniknąć większych zniszczeń.

Cudowne ocalenie

Różni badacze (w tym również instytucje kościelne) dociekali przyczyn ocalenia zakonników. Na wiele pytań ocaleni mieszkańcy obu klasztorów mieli odpowiedź – wzięli sobie na poważnie do serca przesłanie Matki Bożej z Fatimy, aby codziennie odmawiać różaniec. W 1951 roku na wystąpieniu w Nowym Orlenie ksiądz Shiffer powiedział: „Nie nazwałbym tego dokładnie cudem, ale myślę, że znajdowaliśmy się pod szczególną opieką Boga”.

**** „Nasz Dziennik”, „Różańcowy cud w Hiroszimie”

Tekst pochodzi z „Królowej Różańca Świętego” – www.krolowa.pl