Loading...

Rzuciłam krzyżem | Forum Nowenny Pompejańskiej

Lokalizacja tematu: Forum » Różności » Zagrożenia duchowe
Ewelina
Ewelina Mar 23, 16:03
Nie wytrzymalam... Rzuciłam krzyżem. O podłogę, dzisiaj. :'(:'(:'(Nie chcę już chyba się modlić. Zaufalam Bogu bezgranicznie i byłam spokojna że problem który został uzdrowiony, zostanie taki na zawsze. Od początku. 9 lat w związku z alkoholikiem, głód, bieda, długi, dziecko. Kłamstwa, tajemnice, kawaler, rodzina daleko z tyłu. Koledzy,brak stałej pracy, beztroska. 8 lat wyłam do nieba o pomoc, tak wyłam, że trafiłam na Nowenne Pompejanską. Odmówiłam Nowenne rok temu z natychmiastowym efektem, byłam przeszczesliwa. Dwa miesiące po Nowenne zobaczyłam cud. Namacalny prawdziwy cud. Dodatkowo on był w wieku Chrystusowym 33 lata... Byłam pewna że to coś znaczy. A jak obiecałam tak się wszędzie chwalilam jak to mi Matka Boża pomogła. Do sedna. Dwa miesiące po Nowenne pekniety wrzód, operacja, zagrożenie życia, przetaczanie krwi. PRZEŻYŁ. OD RAZU WYJECHAŁ DALEKO W POLSKĘ NA Terapię, na dwa miesiące. Ukończona do ostatniego dnia. No to ja nadal się chwalilam, jak mi Matka Boża pomogła. Ludzi do różańca namawialam. O Bogu opowiadałam. Od powrotu z terapii podjął pracę, jak zwykle na czarno, miało być do pierwszej wypłaty zanim czegoś stałego nie znajdzie. Trwa to 8 miesiąc. Ani umowy, ani wypłaty. Dziwnym trafem za mało godzin przepracowal, a to ktoś tam nie wypłacił, a mi długi rosły, szły święta i szkoła się wcześniej zaczęła. Myślę sobie no dobra, to nie tak wszystko od razu, powoli, najpierw przestał pić, to z czasem jeszcze dojrzeje, zechce się rozwijać... W końcu pomyślałam że doprosze Nowenną do Matki Bożej rozwiązującej węzły. Pomyślałam że alkoholizm został zarzegnany na amen, to resztę poproszę tą łatwiejszą Nowenną. O rozum, mądrość i oświecenie. To była moja intencją. Ostatniego dnia 9,dowiedzialam się jak jestem oklamywana... Pracuje gdzie indziej niż mówił, wypłatę dostaje normalna co miesiąc, której nie widziałam od 8 miesięcy oprócz małych zaliczek, w telefonie jedno wielkie porno...... Tylko z domu wyjdę to ogląda to okropientwo.... Nie wytrzymalam, wy rzuciłam go z domu, 11 dni temu, w ostatni dzień Nowenny do Matki Bożej rozwiązującej węzły. Czekałam, mikczalam modlila się nadal, ale tym razem ostatnie 10 dni do św Józefa oraz do Ducha ha Świętego, pomyślałam, no dobra św Józef będzie wiedział o co mi chodzi a Duch Święty na niego spłynie i mi go dojrzeje. Niestety. Po 10 dniach milczenia odezwał się wczoraj do nas, mnie i dziecka. Że nas odwiedzi. Miałam wrażenie że jest podpięty, drwil że mnie, zachowywał się dokładnie tak jak przez ostatnie 8 lat, myślałam że już nigdy nie usłyszę tego drwiacego głosu, a jednak. Donazywal mi, że jestem nie poważna, daremna rura.. Od wczoraj wyje i ryczę i całą jestem spuchnieta. Nawet mózg mam spuchniety a na oczy nie widzę. Nie mogłam go słuchać wykaczylam się. Dzisiaj rano to samo. Zaczął wydzwaniac że nas odwiedzi. Nie był sobą. Był znowu inny. Nie wiem czy wypity, nie widziałam. Odzwyczailam się przez 8 miesięcy od jego zachowania po pijaku. Bluzgal na mnie, sypal jakieś kolejne kłamstwa. Miał odwiedzić córkę o 10 i nie zjawił się. Wyłam, rzuciłam krzyżem o podłogę i powiedziałem dość modlitw. Ileż można. Ja prosiłam, błagalam, wyłam, zrobiłam wszystko co Bóg prosił, każde zadanie wykonałam z tym związane, bo czułam że mam tutaj misję, czułam że mnie Bóg wybrał żeby ratować tego człowieka tą duszę, prosiłam o rozum i mądrość a dostałam atak gniewu i kłamstw sprzed 8 miesięcy. Wszystko wróciło że zdwojoną siła do mnie. Ja tak wierzyłam, taka byłam spokojna, tak namawialam ludzi do różnica. O wszystkim mówiłam Bogu i Maryi, a oni mnie tak załatwili w jeden dzień. Nie pojmuje dlaczego to się stało. Chciałam tylko doszlifowac go do końca, żeby oprócz trzeźwości było o ciut nam lepiej. Żeby się rozwijał, zaczal myśleć i utrzymywać rodzinę. To jest moja miłość, to się wie, ja nie chcę innego człowieka, ja wiem i czuję że jesteśmy sobie pisania, ale na litość Boską jakim kosztem, ja wiem ze mam go ratować, jestem narzędziem w rękach Jezusa, ale co z tego mam, oocz wiecznego stresu, łez, lęku, długów kilometrowych, ja nie mam nic dosłownie nic. Została mi córka którą muszę utrzymać, a tonę w dlugach, oczywiście w tym roku zdążyłam wcześniej odmówić Pompejanke w styczniu do końca, o uwolnienie z długów, o pomoc w kupnie własnego mieszkania, to jest jeszcze gorzej. Przed tą nowenna jeszcze jakoś szło a w czasie Nowenny i po, mam takie dno że parę dni jedzenia nie miałam dla nas. Ludzie czekają aż oddam im długi i komornika muszę spłacać, więc wszystko naraz mi runęło, ja się pytam za co, czy takiego życia dla mnie chce Bóg Jezus i Maryja? Jak ja przez te 9 lat oplakalam już wszystkie jego rany i doskonale wiem jak go bolało. Poczułam każdą jego ranę na sobie przez te 9 lat. Doskonale wiem co czuł. A on wie co ja czuję? To jest tylko słowo Boga żeby pomóż nam lepiej żyć, czy ja proszę o wiele. O normalna rodzinę i stabilizację. O szczerość zaufanie i opiekę. Myślałam do tej pory że to są standardowe wymagania kobiet. Jednak jak widzę koleżanki to jestem zwykłym śmieciem. Po co ja żyję w ogóle. Mam wrażenie jakby Bóg sobie z nas urządził park rozrywki. Wszystko ma być tak jak On chce, wtedy kiedy on chce, i jak chce. A my ludzie w ogóle się nie liczymy. MARIONERYKI W JEGO RĘKACH POD JEGO DYKTANDO. URZĄDZIŁ SOBIE MALE LUDZIKI I SIE BAWI. a nasze uczucia emocje i krzywdy to ma gdzieś. Jak tak można nie wysłuchać czyjegos blagania i ułożenia w cierpieniu. Mało że wierzyłam czekałam i byłam cierpliwa? Ileż można. Ileż można błagać o pomoc. To jest chore. Jak mam tu być to chciałabym mieć trochę lepiej i mieć trochu spokoju anie że mi serce z nerwów siada, jeść się nawet bieda, nie mówiąc o tym żeby gdzieś wyjechać. Cały rok siedzę w wynajetych czterech ścianach. Samotna oklamywana idiotka. I dziecko chce to i to i tamto a ja nie mogę mu tego dać. A w niebie ponoć srebro złoto i raj. Tam mają wszystko a ja błagać muszę o pomoc bo sama nie daje rady i jeszcze się wszystko posypalo. Całe moje życie jest rozpieprzone w drobny mak i znikąd żadnej pomocy. Tak zaufalam temu naszemu Bogu, że teraz wyjdę na idiotke przed wszystkimi bo znowu go zobaczą pijanego i brudnego.
Edytowany przez Ewelina Mar 23, 16:15
Bożena
Bożena Mar 24, 08:57

„Zwycięzcy i temu, kto pełni aż do końca uczynki moje, dam władzę nad poganami i będzie rządził nimi laską żelazną, i będą jak skruszone naczynia gliniane. Taką władzę i Ja otrzymałem od Ojca mojego; dam mu też gwiazdę poranną.” (Objawienie Jana 2,26-28) „Zwycięzcę uczynię filarem w świątyni Boga mojego i już z niej nie wyjdzie, i wypiszę na nim imię Boga mojego, i nazwę miasta Boga mojego, nowego Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga mojego, i moje nowe imię.” (Objawienie Jana 3,12) Kiedy Jezus wstępował do nieba, Apostołowie odprowadzali Go spojrzeniem. Gdy obłok przesłonił już Mistrza, oni nadal uporczywie wpatrywali się w niebo. Byli na ziemi, ale wzrok mieli skierowany ku niebu, dokąd wstąpiła ich Miłość. Wierzyć w Chrystusa oznacza trwać w takiej właśnie postawie: być zanurzonym w świecie- tu żyć, pracować, cierpieć i weselić się, ale wzrok mieć skierowany ku niebu, ku ojczyźnie, w której Bóg przygotował mieszkanie każdemu. Kto wpatruje się w Jezusa, wpatruje się w niebo, jeśli czyjeś serce trwa przy Jezusie, trwa w niebie. A mieć serce w niebie oznacza przejść przez wszystkie wydarzenia życia ze świadomością, że nic nie zdoła nas odłączyć od miłości Jezusa. Ci którzy przyznają się do Chrystusa wiedzą, że naśladować Go, oznacza kroczyć za Nim także drogą krzyżową, dźwigać ciężar życia, choroby, słabości... To obciążenie nie czyni niemożliwym zdobycie szczytu miłości, zwycięstwa i chwały. Do nieprzemijającego szczęścia idzie się także przez przemijające ziemskie nieszczęście. Kto idzie za Jezusem, zdobędzie górę zbawienia, bo On zna wiodącą nań drogę, On tę drogę już przeszedł. Ks. Bogusław Zeman SSP