Loading...

Ćwiczenia Duchowe | Forum Nowenny Pompejańskiej

Lokalizacja tematu: Forum » Różności » Propozycje
Bożena
Bożena Wrz 19, 08:47
Mądrość życia

Wprowadzenie do modlitwy na środę, 19 września

Tekst: Łk 7, 31-35

Prośba: o łaskę przyjęcia i smakowania życia, które daje Jezus.

1.   Pokolenie Jezusa jest bardzo kapryśne w Jego oczach. Nie są zadowoleni ani z Jana Chrzciciela, ani z Jezusa. Jeden słynie z surowości życia – to im nie pasuje. Drugi korzysta z życia, je i pije – też im to nie odpowiada. Być może pytaniem tutaj nie jest to, co byłoby w stanie ich zadowolić, ale czy w ogóle cokolwiek jest w stanie zadowolić ich gusta. Wydaje się, że tacy ludzie nie tyle szukają czegoś idealnego (może kogoś pomiędzy Janem a Jezusem), tylko w ogóle nie chcą podejmować decyzji. Nic nie daje im smaku. Nie są gotowi przyjąć tego, co życie przyniesie. Nie zamierzają niczego posmakować. Pomyśl o swoim życiu, może o takich momentach, które nazwalibyśmy „zobojętnieniem”. Może jest to podszyte jakimś głębszym lękiem, który paraliżuje wszelkie określenie siebie, wybranie drogi, smaku, gustu… Nieufność podszyta lękiem. Ani to, ani to – może oznaczać „nic”. Człowiek jednak nie jest powołany do nicości. Wybrać to dookreśli swoje życie, to odsłonić swoją tożsamość. Wolność człowieka to zdolność wybierania, decydowania i wcielania tego w życie.

2.   Według współczesny Jezusa Jan Chrzciciel jest opętany przez złego ducha, a sam Jezus to żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. Powiedzielibyśmy – ładna laurka. Jezus je i pije, tak jak każdy z nas. Co tak naprawdę je i i pije Jezus? Bo przecież nie chodzi tutaj o jego codzienne menu. Wydaje się, że on je i pije życie z tym wszystkim, co ono przynosi. Mówiąc inaczej: Jezus smakuje życie, wszystkie jego smaki; ogląda wszystkie jego kolory. Nawet nie boi się usiąść między celnikami i grzesznikami, którzy również przynależą do tego życia. Smakować życie: swoje sukcesy i porażki, swoje zalety i wady, siłę i słabości, wrażliwość, piękno, szarość, tęsknoty, głody, spełnienie, radość, pokój, niepokój, lęk… smakować wszystko. Zobacz, od czego w życiu uciekasz? Na co trudno Ci się zgodzić? Jezus zgadza się nawet na śmierć. Wszystko dlatego, że smakowanie jest mądrością życia (mądrość to po łacinie sapientia, pochodząca od słowa sapere, które oznacza także  „smakować”). Jezus jest człowiekiem mądrym, który smakuje życie w pełni. Nie da się smakować wszystkiego, wystarczy jedna rzecz, którą się powoli „przeżuwa”. To zakłada pewne ubóstwo i potrzebę wybierania. Wybieramy to, co istotne nawet spośród tego, co ważne – nie można mieć wszystkiego. Czy potrafisz smakować życie? Czy chcesz to czynić? Czy chcesz być człowiekiem mądrym (a nie tylko wykształconym czy wychowanym)? Patrz na Jezusa i ucz się od Niego. Porozmawiaj z Nim o tym na koniec tej modlitwy. Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Wrz 23, 08:37

Żyj mądrością, nie chaosem

Wprowadzenie do modlitwy na 25 Niedzielę zwykłą, 23 września

Tekst: Jk 3, 16 – 4, 3 oraz Mk 9, 30-37

Prośba: o łaskę wewnętrznego uporządkowania i pokoju serca.

1.   Bezład i wszelki występek pojawiają się tam, gdzie zazdrość i żądza sporu. To trochę tak, jakby Jakub ułożył własną definicję wewnętrznego chaosu. W księdze Rodzaju na początku, kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię, ziemia była „bezładem i pustkowiem” – to również definicja chaosu i powtarza się słowo bezład, a wszelki występek pozostawia pustkę, zarówno w sercu człowieka, jak i na zewnątrz. Zazdrość i żądza sporu są często powiązane z tym, o czym mówi dzisiejsza ewangelia: „posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy”. Rozważ te słowa i zobacz, co kryje się w Twoim sercu. Być może znajdziesz tam również takie przestrzenie, które szukają niezdrowej rywalizacji, ogarnięte zazdrością, a może nawet wszczynaniem niepotrzebnych sporów i kłótni. Może to być wyrazem chęci „panowania” albo przynajmniej „kontrolowania”: świata wokół siebie, drugiego człowieka, sytuacji, rzeczywistości. Chęć panowania, która w człowieku obudziła się wraz z popełnieniem pierwszego grzechu, kiedy człowiek chciał sięgnąć po boskie prerogatywy i w pewien sposób rządzić i decydować jak Bóg: „Będziecie jak Bóg…” – mówiła pokusa. Uświadamiaj sobie, jak ta spirala nieporządku, bezładu i występku może działać w Tobie.

2.   Mądrość zstępująca z góry jest… – możemy powiedzieć, że tą Mądrością jest Chrystus. Cechy, jakie jej przypisuje Jakub świadczą o Chrystusie. O tym samym, który będzie wydany w ręce ludzi, a ci Go zabiją. To Mądrość dążąca do pokoju i pojednania wszystkiego w sobie, nie zaś do udowodnienia swojej władzy czy swojej racji za pomocą argumentów siłowych. I Jezus rzeczywiście to uczyni przez krew przelaną na krzyżu. Przyjrzyj się postawie uczniów. Jakub mówi, że wojny i kłótnie między nami biorą się z rozpanoszonych żądz w naszych sercach, z owego bezładu, chaosu, zazdrości i wszelkiego występku. Uczniowie właśnie posprzeczali się między sobą o to, kto z nich największy. Ustalić hierarchię ważności i siły, by móc panować nad innymi. Jezus odwraca im perspektywę, odwraca ją także Tobie i wzywa do służby. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono… powie Jezus w innym miejscu. Możesz chcieć naśladować uczniów, a możesz samego Jezusa. Możesz szukać tego, by zawsze „być górą”, by „nikt Ci nie podskoczył” – lecz wtedy licz się z konsekwencjami takiej postawy, która objawi się wewnętrznym chaosem, kłótniami, sporami. Wewnętrzne uporządkowanie bierze się z postawy naśladowania Chrystusa, który jak Mądrość: przychodzi z góry, jest czysty, skłonny do zgody, ustępliwy, posłuszny, pełen miłosierdzia… Czy tego pragniesz w życiu? Jak możesz to zdobyć? Pozwolić, by Jezus objął Cię ramionami, jak owo dziecko. Tylko mając bliską więź z Jezusem staniesz się podobny do Niego. Rozważaj te słowa, które wypowiada Jezus i pozwól, by one stawały się „ciałem” w Twoim życiu. Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Wrz 30, 08:24
Uporządkowane serce Wprowadzenie do modlitwy na 26 Niedzielę zwykłą, 30 września 

 Tekst: Mk 9, 38-48

 Prośba: o łaskę uporządkowania serca i jego przemiany przez miłość.

 

1. Posłuchaj słów, jakie Jan wypowiada do Jezusa. W jakimś momencie byli bez Jezusa i zauważyli człowieka, który w imię Jezusa wyrzucał złe duchy. Zabronili mu, bo nie chodzi z nimi. Te słowa o nie chodzeniu powtarzają się dwa razy w tym zdaniu. Zwróć na to uwagę. O co tak naprawdę chodzi św. Janowi? Wydaje się, jakby grupa uczniów miała być hermetycznie zamknięta i jeśli ktoś do niej nie przynależy, to… nie ma prawa nic robić w imię Jezusa. Poszliby może w stronę gnozy, tak potępianej na początku chrześcijaństwa, gnozy, czyli tego, że chrześcijaństwo byłoby jakąś tajemną wiedzą dla wtajemniczonych tylko. Uświadom sobie podobne zakusy w swoim sercu. Chodzi o przestrzenie, które są otwarte dla wszystkich, a jednak nie wszystkich chciałoby się tam „wpuścić”. Coś nie jest zabronione, ale choćby w myślach chcielibyśmy to komuś zabronić. Postawa, która może zamykać serce. 

 

2. Jezus reaguje gniewem na takie zamknięcie, mówiąc: Przestańcie zabraniać… A to, co robi potem, to próba rozszerzenia serca swoich uczniów. Wsłuchaj się w Jego słowa. Jakie uczucia w Tobie budzą? Czy masz podobne doświadczenia, o jakich mówi Jezus – ktoś podał Ci kubek wody, potraktował Cię dobrze, życzliwie, może w sytuacji trudnej, bez wyjścia. Spójrz na nie z wdzięcznością. Jezus pokazuje też drugą stronę: jak można być dla kogoś przykładem, tam samo można być zgorszeniem. Zgorszenie to „uczynić kogoś gorszym”, albo jak to Jezus nazywa „stać się powodem grzechu dla jednego z małych”. Dlaczego mówi o „małych”? Nie chodzi o dzieci, lecz o ludzi, których wiara i życie jest prostsze, którzy nie wszystko wiedzą i rozumieją. A wiedza – jak powie później św. Paweł – wbija w pychę. Chodzi o taką wiedzę, że „ja wiem”, a reszta mnie nie obchodzi. Karą za taką postawą byłby dla Jezusa kamień młyński u szyi… bardzo drastyczna kara. Nie próbuj oceniać innych, lecz spójrz na siebie. Słowa Jezusa są bardzo mocne i stawia sprawę jasno. Poczuj w sobie moc Jego słowa. Wyraź przed Nim to, co w tym momencie czujesz.

 

3. Aby nie stać się powodem do grzechu dla innych, Jezus zaprasza do „odcinania” i odrzucania od siebie wszystkiego, co Ciebie samego mogłoby do grzechu doprowadzić. Jakby chciał powiedzieć, że jeśli w sobie nie potrafisz postawić granicy złu, to będziesz tę granicę przekraczał także względem innych. Jeśli samego siebie nie strzeżesz przed grzechem, to i innych nie będziesz strzegł. Czy masz odcinać sobie rękę, nogę, czy wyłupywać oko? Zostały stworzone przez Boga jako dobre, ręka sama z siebie nic nie może, jeśli nie dostanie impulsu z mózgu. Więc o co Jezusowi chodzi? Może nie o to, by siebie okaleczać, lecz by odcinać w sobie wszystko, co prowadzi Cię do grzechu. Stawiać w swoim sercu granicę złu. To bardziej kwestia uważności na to, z którego kierunku przychodzą najczęściej pokusy: być może z „oka”, które jest skłonne patrzeć na to, co mu wygodne i przyjemne, nie chce zaś widzieć człowieka słabego i potrzebującego; być może z nogi, której nie spieszno, by pójść na pomoc bliźniemu; być może z ręki, która dla siebie wszystko weźmie, nieskora zaś jest do dawania, itd. Odcinać okazje, nie zaś część ciała, która robi to, co rozum każe. Nasze zmysły są bardzo mądre, jeśli nauczymy je działać w zgodzie z wartościami, a nie tylko przyjemnościami (jedno i drugie jest potrzebne ostatecznie). Porozmawiaj o tym z Jezusem na koniec tej modlitwy. Grzegorz Ginter SJ

Edytowany przez Bożena Wrz 30, 08:26
Bożena
Bożena Oct 1, 08:29
Jak dziecko

Wprowadzenie do modlitwy na poniedziałek, 1 października

Tekst: Łk 9, 46-50

Prośba: o łaskę dziecięcej prostoty i zaufania

1. „Uczniom Jezusa przyszła myśl, kto z nich jest największy”. I chyba nic dziwnego, że takie myśli czasem się pojawiają – to bardzo ludzkie. Jezus tego nie potępia, tak jak nie potępia żadnego uczucia, które pojawia się w Twoim sercu. Pragnie jednak, abyś  z tym, co się w Tobie dzieje, przychodził najpierw do Niego – by nie działać tylko pod wpływem emocji, ale by to Jego pytać o to, co najlepsze w danej sytuacji. W jakich chwilach przychodzą do Ciebie myśli, czy przypadkiem nie jesteś już „największy”, najbardziej pobożny, rozmodlony, wierny Panu? W jakich sytuacjach pojawiają się inne przekonania – że nic nie znaczysz, że popełniłeś zbyt wiele błędów, że jesteś „najmniejszy”? Jakie „naj” tak bardzo zajmują Twoją uwagę, że umyka Ci spotkanie z Miłosiernym, który pragnie Twojego serca takim, jakie ono jest, choćby brakowało w nim tego, co Twoim zdaniem najważniejsze?

2. Wyobraź sobie Jezusa i dziecko, które przedstawia apostołom jako wzór. Dzieci charakteryzuje nie tylko prostota i zaufanie. Dzieci są również słabsze niż dorośli. Dużo częściej coś im nie wychodzi, popełniają błędy, uczą się na nich i… popełniają kolejne. Dorosłego, który z życzliwością patrzy na ten proces, nie dziwi to i nie niepokoi. Pomyśl, w jaki sposób Bóg patrzy na Twoje starania, małe sukcesy i małe porażki. Jak wielka jest Jego cierpliwość? Ile jest troski w Jego działaniu? Popatrz przez chwilę na Boga – dobrego Ojca – i pomyśl, co oznacza dla Ciebie przyjmowanie dziecka, które jest w Tobie. Jeśli chcesz, popatrz również na patronkę dzisiejszego dnia, św. Teresę z Lisieux, której słowa i postawy mogą stać się inspiracją.

 

Bożena
Bożena Oct 4, 07:41
Wybawca mój żyje

Wprowadzenie do modlitwy na czwartek, 4 października

Tekst: Hi 19, 21-27 oraz Ps 27, 7-14

Prośba: o spotkanie z Bogiem, który jest Życiem i wzywa Cię do pełni Życia.

1.   Hiob wypowiada dziś bardzo głębokie słowa. Wsłucha się w nie. Najpierw mówi, że dotknęła go ręka Boga. W ten sposób opisuje to wszystko, co go spotkało. Dotyk Boga, który w jego mniemaniu spowodował te różne nieszczęścia w jego życiu. A jednak na koniec dzisiejszego tekstu mówi, że własnie Jego spotka ostatecznie, że jego oczy Go zobaczą – swego Wybawiciela. Nie obraził się na swego Boga, lecz wyznaje wiarę, iż nawet gdy jego ciało się rozpadnie, to On – Bóg i Pan Życia, przyodzieje jego kości na nowo skórą i pozwoli siebie oglądać. Hiob jest poruszony tym do głębi i mówi, że jego nerki (czyli cała jego istota) mdleje z tęsknoty. Czy te słowa poruszają i Ciebie? Czy przynoszą Ci nadzieję pośród codziennego trudu i przeciwności? Czy wprowadzają Cię coraz bardziej w Boże życie?

2.   Dzisiejszy Psalm wypowiada podobną nadzieję. Zarówno Hiob jak i psalmista mówią o „oglądaniu Pana”. Zmysłami cielesnymi możemy oglądać Boga, który ukrywa się w różnych znakach, np. Chleba i Wina, Wspólnoty (Kościoła), Słowa (Pismo Święte). Ale teksty mówią nam, że jest możliwe oglądanie Boga „twarzą w twarz” (podobnie jak sam Bóg wcześniej wypowiadał się o Mojżeszu – że rozmawia z Nim twarzą w twarz). Czy tego właśnie pragniesz? Jak wyrażasz swoją tęsknotę? Psalmista mówi o intensywnym szukaniu Boga. Czy i w Tobie jest taka determinacja, by Boga szukać? Gdzie Go szukasz? Czy znajdujesz? Mottem św. Ignacego z Loyoli było „szukać i znajdować Boga we wszystkich rzeczach”. To szukanie jest czasem trudne – psalmista prosi, by Bóg nie zakrywał przed nim swojej twarzy, by na koniec dodać o odwadze i mężności podczas oczekiwania Pana. Czekaj na przychodzącego Pana – to jak wołanie Adwentu. Czy czekasz na coś lub na kogoś w życiu? Jak bardzo czekasz? Jak bardzo tęsknisz? Czy rzeczywiście na tego, którego Hiob nazywa Żyjącym Wybawcą? Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Oct 7, 08:46
Rozwód czy jedność?

Wprowadzenie do modlitwy na 27 Niedzielę zwykłą, 7 października

Tekst: Mk 10, 2-16

Prośba: o łaskę jedności wewnętrznej oraz jedności z bliźnimi.

1.   Faryzeusze pytają Jezusa o kwestię oddalenia żony. Oznacza to, że kwestia ta była dla nich żywa, ważna oraz nie do końca jasna. Być może każda szkoła rabinacka inaczej ten problem widziała, dlatego ostatecznie pytają także Jezusa. Oczywiście w naszej kulturze jest to również olbrzymi problem, choć nie dla wszystkich. Dla wielu ludzi rozwód to coś normalnego (więc nie stanowi problemu), jest jak jedna z możliwości. Spróbuj jednak na modlitwie popatrzeć na ten tekst z poziomu bardziej duchowego. Na możliwość dania listu rozwodowego Jezus przytacza słowa z księgi Rodzaju, że mężczyzna i kobieta w małżeństwie stają się „jednym ciałem” – są jak jeden organizm. Rozwód więc byłby „obrazem” tego, że człowiek pozbywa się jakiejś ważnej, istotnej części siebie samego. Jakby „pół swego ciała” oddalał od siebie, „rozwodził się” z nim. Tymczasem Jezus pragnie wszystko pojednać w sobie, uczynić jedność, a nie podziały. O tym wspomina dzisiejsze drugie czytanie: „od Jednego wszyscy pochodzą” (Hbr 2, 9-11), i moglibyśmy powiedzieć, że do tego Jednego (Jedynego) wszyscy dążą. Pomyśl o Twojej jedności wewnętrznej. Oznacza ona, że wszystkie części Ciebie żyją w harmonii i pojednaniu. A może masz coś takiego w sobie, co wykluczasz, czego nie akceptujesz? Jezus mówi o zatwardziałości serca, więc przyczyny tego „rozwodu” są wewnętrzne. Czego w sobie nie akceptujesz? Z czym chciałbyś wziąć „rozwód”? Może ze swoimi uczuciami, może z niektórymi postawami, sposobem myślenia, itp. Uświadom to sobie. Z czym potrzebowałbyś się wewnętrznie pojednać? Dotyczy to także relacji, jakie masz z ludźmi wokół Ciebie.

2.   Ciekawym jest dzisiejsze połączenie tekstu o rozwodach z dziećmi, które przyprowadzają zaraz potem do Jezusa. Lecz uczniowie są wobec opiekunów tych dzieci bardzo szorstcy, dosłownie wręcz karcili ich. Lecz to wszystko przynależy również do tematu wewnętrznego pojednania, bo te dzieci mogą symbolizować Twój wewnętrzny świat, który nie żyje w pełnej harmonii. Jakaś część Ciebie, ta „lepsza i mądrzejsza”, ta część „doroślejsza” nie chce dopuścić do Jezusa (do pełni Życia) Twoje wewnętrzne „dzieci”, to wszystko, co w Tobie może jest spontaniczne, beztroskie, ufne, otwarte – jak dziecko. I może się okazać, że toczy się w Tobie wewnętrzna „wojna” prowadząca do „rozwodu”: ta porządna część Ciebie nie chce przyjąć i spotkać się z dzieckiem w Tobie. Dziecko oprócz tego, co wymieniłem powyżej to także to wszystko, co w nas słabe, upadające, nie wykształcone, popełniające błędy, nieporadne czasem, bezsilne. To tego często nie akceptujemy w sobie i z tą częścią nas chcielibyśmy wziąć „rozwód”. Tymczasem Jezus wzywa do pojednania wewnętrznego, do harmonii w sobie, która potem przynosi błogosławione owoce w relacjach z innymi ludźmi. Popatrz na dzisiejszy tekst w taki właśnie kluczu – czegoś, co rozgrywa się wewnątrz Ciebie. Jezus pragnie Cię niepodzielonego.

3.   Na koniec spójrz na mocne słowa Jezusa dotyczące cudzołóstwa. Jak możemy je odczytać w kluczu przedstawionym powyżej? Być może byłaby to sytuacja, kiedy człowiek zamiast pojednać się z samym sobą, z tym kim jest, ze swoimi wewnętrznymi „dziećmi”, ze swoją historią (przeszłością) i teraźniejszością, ze swoimi uczuciami, pragnieniami, słabościami – bierze z tym wszystkim „rozwód” i zamiast żyć tym, co jest i kim jest, próbuje żyć „nie swoim życiem”. Kiedy nie ma zgody na siebie i człowiek żyje jakimiś maskami, lub też tym, co „chciałby” żeby było (a nie tym, co „jest”) – to może takie „cudzołóstwo” względem siebie, takie porzucenie siebie samego na rzecz jakiegoś ideału, który ostatecznie „nie istnieje”. Człowiek jest tym, kim jest. Cały pochodzi od Boga i Jezus pragnie w sobie pojednać całego człowiek. Czy Ty też tego pragniesz? Nie musisz tego od razu umieć. Wystarczy że dzisiaj powiesz Jezusowi o swoich pragnieniach w tym względzie. Grzegorz Ginter SJ

Ewa
Ewa Oct 7, 14:48
Cytat z Dorota Każde z nas kogoś drażni, prawda?Moja znajoma R. jest zachwycona pewnym psychiatrą, którego przypadkiem poznała w pociągu i który wysłuchał jej skargi i udzielił jej rady. Ponieważ nie wiem, jak często ów psychiatra jeździ pociągiem i udziela tej rady swym bliźnim, postanowiłem podać ją do publicznej wiadomości — myślę, że jest znakomita.


R. należała do osób, które z nikim nie mogą się zżyć, nie mają na świecie żadnych przyjaciół, koleżanek, kolegów. Od dzieciństwa żyła wewnętrznie osamotniona, nikomu nie zależało na tym, by się z nią zaprzyjaźnić, a jej zresztą też nie.


Nie rozumiała się z rodzicami, z rodzeństwem, z nauczycielami. I oto kiedyś w pociągu, którym jechała, pewien starszy pan o mądrych oczach wdał się z nią w rozmowę. Rada, którą od niego otrzymała, była prosta.
— Każde z nas kogoś drażni — powiedział starszy pan. — Jeśli zrozumiemy, czym swoich bliźnich drażnimy, możemy zmienić całe nasze życie. O ile, oczywiście, postanowimy, że tym, czym ich drażnimy, nie będziemy ich drażnić.

Poradził R., aby sobie przygotowała zeszyt i zapisywała w nim nie tylko to, co mu wtedy w pociągu mówiła, a mianowicie czym ją drażnią i uprzykrzają życie bliźni, ale przede wszystkim to, czym jej zdaniem ona drażni ich.
Całkiem szczerze. Tego zeszytu nikt poza nią nie będzie nigdy czytał.


Kiedy zaczęła zapisywać, początkowo nic jej nie przychodziło na myśl i strony zeszytu pozostawały puste. Potem jednak wzięła się do tego na dobre. Spróbowała czegoś niezwykłego: być tymi drugimi — nie tylko krytykować ich i bronić się przed nimi, ale oceniać siebie tak, jakby była nimi. Podobno stało się to nawet zabawne.


I strony zeszytu, w którym spisywała swoje obserwacje, powoli się zapełniały — a zapełniały się tym, co by jej dawniej nigdy nie przyszło na myśl. Na każdej stronie było nazwisko którejś z osób, z którymi żyła w niezgodzie. Była tam strona jej ojca, jej matki, jej dziadka, rodzeństwa, sąsiadów — każdy miał swoją stronę, na której R. zapisywała w ciągu kolejnych dni wszystko, co w odniesieniu do nich i do siebie zaobserwowała. Starała się odkryć wielką tajemnicę: czym drażni bliźnich. Kiedy zeszyt został zapisany, zrobiła sobie kawę i uważnie go przeczytała, podkreślając to, co uznała za ważne.

A potem zeszyt spaliła. Nie potrzebowała go zachowywać, dobrze pamiętała, w czym jej pomógł. Dobrze pamiętała oczy tych drugich, którymi teraz patrzyła na siebie, i nie sposób było zapomnieć o tej zdumiewającej postaci, która jej się ukazała, kiedy przestała patrzeć na siebie tylko swym dawnym własnym urażonym spojrzeniem.


Myślę, że jest to rzeczywiście operacja, jak to nazywała R., opowiadając mi o tym, co robiła. Człowiek musi sobie operacyjnie usunąć wiele wygórowanych wyobrażeń o swej doskonałości, musi przyjąć prawdę o tym, co rzeczywiste.


Kiedy się spotka dwoje ludzi i zaczyna rozmawiać o życiu, zwykle zaczynają opowiadać o tym, co ich w życiu drażni. Mówią o ludziach w swoim otoczeniu i o cierniach, jakie ludzie ci rozsypują na ich drodze. Zapominają przy tym o tych cierniach, które oni sami rozsypują przed bliźnimi na drodze — o cierniach bolesnych dla innych, a dla nich niewidocznych. Na pewno wiele rzeczy na świecie nas drażni. Na pewno wielu ludzi nas drażni. I niemało jest tych, którzy nas drażnią prawdziwie. Jeśli jednak będziemy się tym zajmować z tego tylko punktu widzenia i stokroć powtarzać to, co i tak dobrze wiemy, na nic nam się to nie przyda. Przecież i my kogoś drażnimy.


Kogo? Dlaczego? I co z tym zrobić? Na wszystkie te pytania trudno nam będzie odpowiedzieć, dopóki nie zdecydujemy się otworzyć zeszytu i spisać na jego kartkach imiona swoich bliskich...


Adwokaci specjalizujący się w sprawach rozwodowych mówią, żew większości przypadków, którymi się zajmują, zniechęcenie do dalszego współżycia nie wynika z żadnych poważnych powodów, lecz z błahostek. Jedno drażni. Drugie drażni. I nie znajdują sposobu, jak sobie to powiedzieć, jak to rozwiązać, zmienić...


Zwykły zeszyt jest znacznie tańszy niż koszty związane z rozwodem, a czas potrzebny na zapisywanie znacznie krótszy niż ten potrzebny na procedurę rozwodową i wiążące się z nią komplikacje. Nie mówię już nawet o tych wielkich tragicznych skutkach, jakie towarzyszą rozcięciu dwóch serc, które kiedyś były zrośnięte, szczęśliwie zrośnięte. Nie mówię o komplikacjach, jakie występują, kiedy od serca matki albo serca ojca odcięte zostają serca dzieci, które były z nimi złączone. Szczęśliwie zrośnięte. Tak czy inaczej, warto tę próbę podjąć.


Kiedy zobaczymy siebie, jakimi rzeczywiście jesteśmy, i swoich bliźnich, i jakimi rzeczywiście są oni, kiedy zobaczymy nasze relacje z nimi wyraźnie, niczego nie ukrywając, nic przecież na tym nie stracimy...


Tego, kto was najbardziej na świecie drażni, możecie wpisać na pierwszej stronie. Ale potem już, zgodnie z radą, jaką otrzymała R., nie pisać, czym ten człowiek drażni nas, ale czym drażnimy go my. Jest to uchwyt, którym możemy ująć wiele swych trudności — uchwyt, którym możemy je ująć i odrzucić.

 

Więcej w książce: Radości dla duszy - Eduard Martin
  Źródło: www.deon.pl

 

Cytat z Dorota Każde z nas kogoś drażni, prawda?Moja znajoma R. jest zachwycona pewnym psychiatrą, którego przypadkiem poznała w pociągu i który wysłuchał jej skargi i udzielił jej rady. Ponieważ nie wiem, jak często ów psychiatra jeździ pociągiem i udziela tej rady swym bliźnim, postanowiłem podać ją do publicznej wiadomości — myślę, że jest znakomita.


R. należała do osób, które z nikim nie mogą się zżyć, nie mają na świecie żadnych przyjaciół, koleżanek, kolegów. Od dzieciństwa żyła wewnętrznie osamotniona, nikomu nie zależało na tym, by się z nią zaprzyjaźnić, a jej zresztą też nie.


Nie rozumiała się z rodzicami, z rodzeństwem, z nauczycielami. I oto kiedyś w pociągu, którym jechała, pewien starszy pan o mądrych oczach wdał się z nią w rozmowę. Rada, którą od niego otrzymała, była prosta.
— Każde z nas kogoś drażni — powiedział starszy pan. — Jeśli zrozumiemy, czym swoich bliźnich drażnimy, możemy zmienić całe nasze życie. O ile, oczywiście, postanowimy, że tym, czym ich drażnimy, nie będziemy ich drażnić.

Poradził R., aby sobie przygotowała zeszyt i zapisywała w nim nie tylko to, co mu wtedy w pociągu mówiła, a mianowicie czym ją drażnią i uprzykrzają życie bliźni, ale przede wszystkim to, czym jej zdaniem ona drażni ich.
Całkiem szczerze. Tego zeszytu nikt poza nią nie będzie nigdy czytał.


Kiedy zaczęła zapisywać, początkowo nic jej nie przychodziło na myśl i strony zeszytu pozostawały puste. Potem jednak wzięła się do tego na dobre. Spróbowała czegoś niezwykłego: być tymi drugimi — nie tylko krytykować ich i bronić się przed nimi, ale oceniać siebie tak, jakby była nimi. Podobno stało się to nawet zabawne.


I strony zeszytu, w którym spisywała swoje obserwacje, powoli się zapełniały — a zapełniały się tym, co by jej dawniej nigdy nie przyszło na myśl. Na każdej stronie było nazwisko którejś z osób, z którymi żyła w niezgodzie. Była tam strona jej ojca, jej matki, jej dziadka, rodzeństwa, sąsiadów — każdy miał swoją stronę, na której R. zapisywała w ciągu kolejnych dni wszystko, co w odniesieniu do nich i do siebie zaobserwowała. Starała się odkryć wielką tajemnicę: czym drażni bliźnich. Kiedy zeszyt został zapisany, zrobiła sobie kawę i uważnie go przeczytała, podkreślając to, co uznała za ważne.

A potem zeszyt spaliła. Nie potrzebowała go zachowywać, dobrze pamiętała, w czym jej pomógł. Dobrze pamiętała oczy tych drugich, którymi teraz patrzyła na siebie, i nie sposób było zapomnieć o tej zdumiewającej postaci, która jej się ukazała, kiedy przestała patrzeć na siebie tylko swym dawnym własnym urażonym spojrzeniem.


Myślę, że jest to rzeczywiście operacja, jak to nazywała R., opowiadając mi o tym, co robiła. Człowiek musi sobie operacyjnie usunąć wiele wygórowanych wyobrażeń o swej doskonałości, musi przyjąć prawdę o tym, co rzeczywiste.


Kiedy się spotka dwoje ludzi i zaczyna rozmawiać o życiu, zwykle zaczynają opowiadać o tym, co ich w życiu drażni. Mówią o ludziach w swoim otoczeniu i o cierniach, jakie ludzie ci rozsypują na ich drodze. Zapominają przy tym o tych cierniach, które oni sami rozsypują przed bliźnimi na drodze — o cierniach bolesnych dla innych, a dla nich niewidocznych. Na pewno wiele rzeczy na świecie nas drażni. Na pewno wielu ludzi nas drażni. I niemało jest tych, którzy nas drażnią prawdziwie. Jeśli jednak będziemy się tym zajmować z tego tylko punktu widzenia i stokroć powtarzać to, co i tak dobrze wiemy, na nic nam się to nie przyda. Przecież i my kogoś drażnimy.


Kogo? Dlaczego? I co z tym zrobić? Na wszystkie te pytania trudno nam będzie odpowiedzieć, dopóki nie zdecydujemy się otworzyć zeszytu i spisać na jego kartkach imiona swoich bliskich...


Adwokaci specjalizujący się w sprawach rozwodowych mówią, żew większości przypadków, którymi się zajmują, zniechęcenie do dalszego współżycia nie wynika z żadnych poważnych powodów, lecz z błahostek. Jedno drażni. Drugie drażni. I nie znajdują sposobu, jak sobie to powiedzieć, jak to rozwiązać, zmienić...


Zwykły zeszyt jest znacznie tańszy niż koszty związane z rozwodem, a czas potrzebny na zapisywanie znacznie krótszy niż ten potrzebny na procedurę rozwodową i wiążące się z nią komplikacje. Nie mówię już nawet o tych wielkich tragicznych skutkach, jakie towarzyszą rozcięciu dwóch serc, które kiedyś były zrośnięte, szczęśliwie zrośnięte. Nie mówię o komplikacjach, jakie występują, kiedy od serca matki albo serca ojca odcięte zostają serca dzieci, które były z nimi złączone. Szczęśliwie zrośnięte. Tak czy inaczej, warto tę próbę podjąć.


Kiedy zobaczymy siebie, jakimi rzeczywiście jesteśmy, i swoich bliźnich, i jakimi rzeczywiście są oni, kiedy zobaczymy nasze relacje z nimi wyraźnie, niczego nie ukrywając, nic przecież na tym nie stracimy...


Tego, kto was najbardziej na świecie drażni, możecie wpisać na pierwszej stronie. Ale potem już, zgodnie z radą, jaką otrzymała R., nie pisać, czym ten człowiek drażni nas, ale czym drażnimy go my. Jest to uchwyt, którym możemy ująć wiele swych trudności — uchwyt, którym możemy je ująć i odrzucić.

 

Więcej w książce: Radości dla duszy - Eduard Martin
  Źródło: www.deon.pl

 

Cytat z Dorota Każde z nas kogoś drażni, prawda?Moja znajoma R. jest zachwycona pewnym psychiatrą, którego przypadkiem poznała w pociągu i który wysłuchał jej skargi i udzielił jej rady. Ponieważ nie wiem, jak często ów psychiatra jeździ pociągiem i udziela tej rady swym bliźnim, postanowiłem podać ją do publicznej wiadomości — myślę, że jest znakomita.


R. należała do osób, które z nikim nie mogą się zżyć, nie mają na świecie żadnych przyjaciół, koleżanek, kolegów. Od dzieciństwa żyła wewnętrznie osamotniona, nikomu nie zależało na tym, by się z nią zaprzyjaźnić, a jej zresztą też nie.


Nie rozumiała się z rodzicami, z rodzeństwem, z nauczycielami. I oto kiedyś w pociągu, którym jechała, pewien starszy pan o mądrych oczach wdał się z nią w rozmowę. Rada, którą od niego otrzymała, była prosta.
— Każde z nas kogoś drażni — powiedział starszy pan. — Jeśli zrozumiemy, czym swoich bliźnich drażnimy, możemy zmienić całe nasze życie. O ile, oczywiście, postanowimy, że tym, czym ich drażnimy, nie będziemy ich drażnić.

Poradził R., aby sobie przygotowała zeszyt i zapisywała w nim nie tylko to, co mu wtedy w pociągu mówiła, a mianowicie czym ją drażnią i uprzykrzają życie bliźni, ale przede wszystkim to, czym jej zdaniem ona drażni ich.
Całkiem szczerze. Tego zeszytu nikt poza nią nie będzie nigdy czytał.


Kiedy zaczęła zapisywać, początkowo nic jej nie przychodziło na myśl i strony zeszytu pozostawały puste. Potem jednak wzięła się do tego na dobre. Spróbowała czegoś niezwykłego: być tymi drugimi — nie tylko krytykować ich i bronić się przed nimi, ale oceniać siebie tak, jakby była nimi. Podobno stało się to nawet zabawne.


I strony zeszytu, w którym spisywała swoje obserwacje, powoli się zapełniały — a zapełniały się tym, co by jej dawniej nigdy nie przyszło na myśl. Na każdej stronie było nazwisko którejś z osób, z którymi żyła w niezgodzie. Była tam strona jej ojca, jej matki, jej dziadka, rodzeństwa, sąsiadów — każdy miał swoją stronę, na której R. zapisywała w ciągu kolejnych dni wszystko, co w odniesieniu do nich i do siebie zaobserwowała. Starała się odkryć wielką tajemnicę: czym drażni bliźnich. Kiedy zeszyt został zapisany, zrobiła sobie kawę i uważnie go przeczytała, podkreślając to, co uznała za ważne.

A potem zeszyt spaliła. Nie potrzebowała go zachowywać, dobrze pamiętała, w czym jej pomógł. Dobrze pamiętała oczy tych drugich, którymi teraz patrzyła na siebie, i nie sposób było zapomnieć o tej zdumiewającej postaci, która jej się ukazała, kiedy przestała patrzeć na siebie tylko swym dawnym własnym urażonym spojrzeniem.


Myślę, że jest to rzeczywiście operacja, jak to nazywała R., opowiadając mi o tym, co robiła. Człowiek musi sobie operacyjnie usunąć wiele wygórowanych wyobrażeń o swej doskonałości, musi przyjąć prawdę o tym, co rzeczywiste.


Kiedy się spotka dwoje ludzi i zaczyna rozmawiać o życiu, zwykle zaczynają opowiadać o tym, co ich w życiu drażni. Mówią o ludziach w swoim otoczeniu i o cierniach, jakie ludzie ci rozsypują na ich drodze. Zapominają przy tym o tych cierniach, które oni sami rozsypują przed bliźnimi na drodze — o cierniach bolesnych dla innych, a dla nich niewidocznych. Na pewno wiele rzeczy na świecie nas drażni. Na pewno wielu ludzi nas drażni. I niemało jest tych, którzy nas drażnią prawdziwie. Jeśli jednak będziemy się tym zajmować z tego tylko punktu widzenia i stokroć powtarzać to, co i tak dobrze wiemy, na nic nam się to nie przyda. Przecież i my kogoś drażnimy.


Kogo? Dlaczego? I co z tym zrobić? Na wszystkie te pytania trudno nam będzie odpowiedzieć, dopóki nie zdecydujemy się otworzyć zeszytu i spisać na jego kartkach imiona swoich bliskich...


Adwokaci specjalizujący się w sprawach rozwodowych mówią, żew większości przypadków, którymi się zajmują, zniechęcenie do dalszego współżycia nie wynika z żadnych poważnych powodów, lecz z błahostek. Jedno drażni. Drugie drażni. I nie znajdują sposobu, jak sobie to powiedzieć, jak to rozwiązać, zmienić...


Zwykły zeszyt jest znacznie tańszy niż koszty związane z rozwodem, a czas potrzebny na zapisywanie znacznie krótszy niż ten potrzebny na procedurę rozwodową i wiążące się z nią komplikacje. Nie mówię już nawet o tych wielkich tragicznych skutkach, jakie towarzyszą rozcięciu dwóch serc, które kiedyś były zrośnięte, szczęśliwie zrośnięte. Nie mówię o komplikacjach, jakie występują, kiedy od serca matki albo serca ojca odcięte zostają serca dzieci, które były z nimi złączone. Szczęśliwie zrośnięte. Tak czy inaczej, warto tę próbę podjąć.


Kiedy zobaczymy siebie, jakimi rzeczywiście jesteśmy, i swoich bliźnich, i jakimi rzeczywiście są oni, kiedy zobaczymy nasze relacje z nimi wyraźnie, niczego nie ukrywając, nic przecież na tym nie stracimy...


Tego, kto was najbardziej na świecie drażni, możecie wpisać na pierwszej stronie. Ale potem już, zgodnie z radą, jaką otrzymała R., nie pisać, czym ten człowiek drażni nas, ale czym drażnimy go my. Jest to uchwyt, którym możemy ująć wiele swych trudności — uchwyt, którym możemy je ująć i odrzucić.

 

Więcej w książce: Radości dla duszy - Eduard Martin
  Źródło: www.deon.pl

 

bł. Władysław Findysz

Bożena
Bożena Oct 10, 07:45
Mówcie: Ojcze

Wprowadzenie do modlitwy na środę, 10 października

Tekst: Łk 11, 1-4

Prośba: o głęboką, bliską więź z Ojcem.

1.   Jezus jest w jakimś miejscu, nieokreślonym przez ewangelistę. Więc mógł być w każdym. Ty też w każdym miejscu możesz stawać w obecności Boga i rozmawiać z Nim, czyli modlić się. Być może masz swoje ulubione miejsca. Z jednej strony klimat zewnętrzny takiego miejsca jest ważny. Warunki zewnętrzne pozwalają się bardziej skupić i być uważnym na delikatny głos Boga. Z drugiej strony można Boga znaleźć w każdym miejscu, nawet największym zgiełku życia. Spotykanie się z Nim w głębinach serca zanurzonego w Miłości nie będzie zmieniać rzeczywistości na zewnątrz. Pomoże jednak patrzeć na tę rzeczywistość innymi oczami. Stań wraz z Jezusem na modlitwie. Posłuchaj słów, jakie wypowiada do Ojca. O czym rozmawiają? O czym Ty z Nim rozmawiasz?

2.   Uczniowie proszą, by Jezus nauczył ich modlić się. Odwołują się do tego, że i Jan nauczył modlić się swoich uczniów. To mogła być dla nich pewna nowość, bo w Ewangelii nie mamy świadectw, by np. uczeni w Piśmie czy faryzeusze uczyli swoich uczniów modlitwy. Oni najczęściej prowadzili mądre dysputy, interpretowali Prawo i Torę (Pismo Święte), spierali się o różne przepisy, nakazy, zwyczaje. Ale uczyć modlitwy… to uczyć relacji, bliskości. Jezus i Jan uczą swoich uczniów modlitwy. Relacji więc możesz się nauczyć. Bierze się to stąd, że człowiek ze swej istoty jest relacyjny, zawsze ma odniesienie do kogoś. Jesteśmy uczynieni z komunikacji (czyli miłości) i do komunikacji (miłości) powołani. Bóg jest Miłością, czyli komunikacją Trzech Osób, wzajemnym udzielaniem się: każda z Osób Boskich daje pozostałym całą Siebie i otrzymuje od Nich całość Ich istnienia. Wzajemne obdarowywanie siebie. Modlitwa jest otwieraniem się na Boga, który pragnie obdarować Sobą Ciebie, i który przyjmuje to wszystko, co Ty zechcesz Mu ofiarować. Jak wygląda Twoja modlitwa? Przypatrz się dzisiaj jej motywacjom. Dlaczego w ogóle się modlisz?

3.   Jezus, ucząc modlitwy, zaprasza, by zwracać się do Boga: Ojcze. Wprowadza człowieka od razu w bliskość z Tym, który jest naszym Stworzycielem i Panem. Bliskość, która może nie mieściła się w głowie ówczesnym elitom Izraela. Bliskość, która może i nam nie mieści się w głowie. I to nawet, gdy codziennie, przynajmniej raz, wypowiadasz modlitwę: „Ojcze nasz”. Bo czym innym są wypowiadane słowa, a czym innym świadome życie tym, co one oznaczają. Świadome życie relacją, więzią, którą te słowa zawiązują między człowiekiem a Bogiem. Czy On naprawdę jest Twoim Ojcem? Czy stajesz wobec Niego jak dziecko? Co to dla Ciebie oznacza? Na koniec modlitwy porozmawiaj o tym wszystkim z Jezusem, albo z Ojcem. Grzegorz Ginter SJ

 

Bożena
Bożena Oct 14, 08:27
Mądra wolność

Wprowadzenie do modlitwy na 28 Niedzielę zwykłą, 14 października

Tekst: Mk 10, 17-30

Prośba: o serce wolne, zdolne przyjmować coraz więcej miłości i zdolne kochać.

1.   Znamy dobrze dzisiejszą opowieść o bogatym człowieku, który chciał osiągnąć życie wieczne. Ta historia koresponduje z zakończeniem dzisiejszej Ewangelii. Ten człowiek bowiem nie był w stanie zostawić swoich posiadłości dla Chrystusa. Na koniec zaś Jezus mówi, że każdy, kto dla Niego opuści wszystko, otrzyma stokroć tyle oraz odziedziczy życie wieczne (a więc to, na czym zależało temu człowiekowi). Uświadom sobie to wszystko. Jezus mówi o opuszczeniu wszystkiego dla Niego. Nie musi to oznaczać pozbycie się wszystkiego i życie jak żebrak. Bardziej chodzi o serce, które będzie wolne od nieuporządkowanych przywiązań do wszelkich dóbr. Zwróć uwagę na słowo dobra (materialne, psychiczne, emocjonalne, duchowe, relacyjne, itp.). To słowo mówi, że chodzi o coś, co samo w sobie jest DOBRE. Bo zła mamy unikać i się z nim nie wiązać w żaden sposób. Chodzi o różne dobra, do których możemy być przywiązani w sposób nieuporządkowany (czyli nie-wolny = nie mamy wobec nich wolności). Przypatrz się Twojemu życiu i rozważaj wolność, jaką masz w sercu.

2.   Kiedy ów człowiek pyta o życie wieczne, o zdobycie go, Jezus patrzy na niego z miłością. Spotkaj się na tej modlitwie ze wzrokiem Jezusa, z oczami, które przekazują miłość. On w ten sposób patrzy również na Ciebie. Zauważ i rozważaj, że owego „życia wiecznego” Jezus prowadzi tego człowieka do relacji ze sobą. Jakby chciał powiedzieć, że droga do życia wiecznego wiedzie przez Niego. Stąd mówi: sprzedaj wszystko i PÓJDŹ ZA MNĄ. Bo choć masz „wszystko”, to jednego Ci brakuje. Wszystko minus jeden to nie jest przecież wszystko. Dosadniej mówiąc: nie masz Jezusa (tego JEDNEGO Ci brakuje), to jakbyś nie miał absolutnie nic. Przypatrz się swojemu życiu i Twojej relacji z Jezusem. Jaka ona jest? Jak bliska? Czy rzeczywiście idziesz za Nim w codzienności? Wydaje się, że ten człowiek chciał zdobyć jakąś „receptę” na osiągnięcie życia wiecznego, jakiś sposób. Co jeszcze mógłby robić? Taki zdobywca… przestrzegał przykazań od młodości. Jakby nimi chciał sobie zaskarbić owo życie wieczne. A Jezus, przypatrzywszy mu się z miłością, jakby koryguje jego myślenie. Życie wieczne nie służy do tego, by je zdobywać, lecz by je przyjąć jako dar miłującego Boga. Życie wieczne jest relacją z Jezusem, jest pogłębiającą się więzią z Tym, który mnie kocha do szaleństwa. I tylko to się liczy. Jeśli próbuję zdobywać jakieś „punkty”, by uzyskać promocję do życia wiecznego, mogę odejść rozczarowany. Albo smutny – jak ten bogaty człowiek.

3.   Przez całą tą ewangelie przewija się temat wolności serca. O nią dzisiaj proś. Korzystaj ze stworzeń, korzystaj z wszelkich rzeczy, udogodnień, przyjemności. Ciesz się życiem. To wszystko otrzymałeś od dobrego Boga. Nie pozwól jednak, by te wszystkie rzeczy, udogodnienia, przyjemności – usidliły Cię i zniewoliły. By się nie okazało, że nie możesz już bez nich żyć. Na tym świecie to nie możesz żyć bez tlenu, bez pożywienia. Ale życie wieczne nawet tego nie potrzebuje. Tam Twoim tlenem, Twoim pokarmem, Twoim światłem – będzie tylko i wyłącznie Bóg. Karmić Cię będzie głęboka więź z Nim, intymne zjednoczenie. Niczego Ci nie będzie potrzeba. A dziś potrzebujemy wielu osób i rzeczy, lecz nie przestawaj być wolny wobec nich. Korzystaj z nich, ciesz się nimi, ale w wolności serca. Gdzie czujesz największe zniewolenie w Twoim życiu? Czego dotyczy? Może nawet drobne rzeczy… Nazwij to i stań z tym przed Jezusem. Poproś Go o łaskę wolności, która jest ściśle związana z miłością, pokorą oraz rozeznawaniem. Bez wolności można chybić celu w swoim życiu, można zgubić sens i smak życia. Wtedy zaginie również mądrość, o której wspomina pierwsze czytanie (Mdr 7, 7-11). Bo mądrością jest smakowanie życia, a do smakowania potrzeba niewielu rzeczy, a może potrzeba tylko jednego – tego, co istotne. Reszta – zamiast nadawać smak, może co najwyżej zapychać nas, wprowadzając „otyłość” (duchową, psychiczną, fizyczną). Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Oct 21, 08:09
Służyć czy być obsłużonym?

Wprowadzenie do modlitwy na 29 Niedzielę zwykłą, 21 października

Tekst: Mk 10, 35-45 oraz Iz 53, 10-11

Prośba: o łaskę odkrycia swojej prawdziwej tożsamości w stawaniu się dobrowolnym darem z siebie dla innych.

1.   Dzisiejszy tekst wydaje się dość jasno wskazywać na postawę Jezusa i Jego prawdziwego ucznia, który nie ma szukać dla siebie zaszczytów i władzy, lecz ma stawać się sługą, a nawet niewolnikiem tych, wśród których żyje. Nie słucha się tego zbyt dobrze i zbyt miło. Boimy się zostać przez innych wykorzystani, zmanipulowani, pogardzeni. Z drugiej strony ciągnie nas do bycia człowiekiem szanowanym, poważanym, zapraszanym na ważne miejsca, czasem nawet wspominanym po imieniu z honorami i oklaskiwanym. Takie postawy siedzą w nas głęboko i nie ma potrzeby od nich uciekać. Warto się z nimi spotkać i posłuchać w sercu, co te pragnienia chcą Ci powiedzieć o Tobie. Zauważ, że dwaj uczniowie podchodzą do Jezusa na boku, oni nie chcieli tym dzielić się ze współtowarzyszami. To już coś mówi ważnego. Oburzenie pozostałych również jest wymowne. Czy ono wynikało z tego, że tamci zrobili to na boku, a może zwyczajnie z zazdrości – tego nie wiemy. Bądź w tej scenie, wyobraź ją sobie i wczuj się w to, co mówi Jezus, co mówią uczniowie i co mogło rodzić się w ich sercach: zarówno tych dwóch, jak i pozostałych dziesięciu. Pomyśl o tym, gdzie Ty jesteś ze swoimi uczuciami w tej scenie.

2.   Nie chodzi tu jednak tylko o panowanie i władzę, czy też mówiąc inaczej – jak funkcjonować w tym świecie (i przyszłym również). Bo kiedy Jezus mówi o staniu się sługą, to dotyka aspektu – wydaje się – głębszego, mianowicie tożsamości człowieka. Nasze „ja” boi się zlania z innymi, porównywania z innymi (choć sami robimy to czasem z lubością), bo wzbudza to lęk przed zlaniem się z innymi i lęk zaginięcia w „szarej masie” ludzi. Jesteśmy nastawieni na podkreślanie swojej indywidualności, niepowtarzalności – co oczywiście nie jest złe. Istnieje jednak niebezpieczeństwo przechyłu w stronę subtelnej pychy, która na każdym kroku będzie chciała podkreślać swoją ważność i wartość. Tymczasem człowiek nie będzie w pełni sobą, jeśli nie stanie się dla innych darem z siebie. Istniejemy dla siebie, ale nie staniemy się w pełni sobą, jak tylko przez pokorne służenie (nie zaś przed ciągłe podkreślanie na różne sposoby, kim to nie jest moje „skromne ja”). Kiedy powoli staję się darem dla innych, odkrywam, kim jestem naprawdę. Bo naprawdę jestem uczyniony (stworzony) na obraz Boga, który nie przyszedł, aby Go obsługiwano (jak ładnie ujmuje oryginał grecki), lecz przyszedł służyć i ofiarować siebie dobrowolnie. Rozważaj te słowa i pozwól, by one odkrywały w Tobie oblicze prawdziwego Boga, który mieszka w Twoim sercu.

3.   O tym wydaniu siebie i służeniu innym mówi także tekst z pierwszego czytania. Niektórzy służenie Bogu rozumieją jako „wymyślaniu jakiejś pracy dla Boga”. Tyle, że wtedy jest to „moja” praca, mój wymysł. Prawdziwe służenie rozpoczyna się od pójścia za Chrystusem: „A kto chce mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie ja jestem, tam będzie i mój sługa” (J 12, 26). Dopiero idąc za Panem i słuchając Go (z czego rodzi się po-słuch, czyli posłuszeństwo), możesz być prawdziwym sługą, pełniącym Jego wolę (a nie swoją). Być może w tym kontekście lepiej mówić nie o służeniu Bogu, lecz o pozwoleniu Mu, by się Tobą po-służył. By Twoje oczy stawały się Jego oczami, Twoje uszy, ręce, nogi i całe ciało, z umysłem, uczuciami, pragnieniami – stawało się Jego ciałem, wychodzącym ku bliźnim. W ten sposób będziesz Mu prawdziwie służył i pełnił Jego wolę w codzienności, oddając Bogu chwałę całym swoim życiem. Czy pozwolisz, by On sam, Pan i Zbawiciel, przemieniał Twoje serce i objawiał coraz bardziej Twoją prawdziwą tożsamość? Czy naprawdę pragniesz być, ISTNIEĆ, na wzór Jezusa Chrystusa, na obraz którego zostałeś uczyniony? Porozmawiaj z Nim o tym wszystkim. Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Oct 28, 08:33
Bądź dobrej myśli

Wprowadzenie do modlitwy na 30 Niedzielę zwykłą, 28 października | Rocznica Poświęcenia Kościoła Własnego

Tekst: Mk 10, 46b-52

Prośba: o łaskę głębokiej wiary.

Być może usłyszysz dziś w kościele inne czytania, ale nie przeszkadza to, byś pomodlił się tekstem z 30 Niedzieli zwykłej, który proponuję. Na początku modlitwy przyjrzyj się Jezusowi i tłumowi, który wychodzi z Jerycha. Są w ruchu, przemieszczają się, są w drodze. Przy niej zaś siedzi niewidomy żebrak, Bartymeusz. On z kolei jest prawie w bezruchu, wyciąga tylko od czasu do czasu rękę w geście proszenia o jałmużnę. Czy Twoje życie jest w ruchu, czy też bardziej zasiedziałe? Nie chodzi o to, czy pędzisz, czy też nieustannie siedzisz przed telewizorem czy komputerem. Chodzi o życie Twojego ducha. Czy jesteś w drodze, wraz z Jezusem, czy bardziej przy tej drodze siedzisz, żebrząc o ochłapy uwagi czy życzliwości? Czy masz poczucie czerpania ze źródeł miłości, czy bardziej zasklepienia w sobie i swoich brakach? A może jest i to, i to?

Bartymeusz zaczyna wołać, lecz Jezus się nie zatrzymuje. Za to idący tłum zaczyna go „tłumić”, przyzywając go do porządku „siedź cicho, zamilknij, nie wychylaj się, Twoje miejsce jest tu i koniec”. Można się zniechęcić, skoro nie ma reakcji ze strony Jezusa, a okoliczności zewnętrzne nie są sprzyjające. Co Ty byś zrobił na miejscu Bartymeusza? Bo on zaczyna krzyczeć głośniej… Wtedy Jezus zatrzymuje się, a ludzie mówią mu: „bądź dobrej myśli…”. Jakiej myśli Ty jesteś każdego dnia? Czy Twoje serce woła wystarczająco wiernie (z wiarą), by doświadczyć Bożego zatrzymania? Bartymeusza nie zatrzymały okoliczności zewnętrzne, dość niesprzyjające. Bo nie widzi, bo ludzie próbują go powstrzymać. Dla niego nie jest to przeszkoda. „Bądź dobrej myśli” oznacza, że Bóg Tobie ufa, że możesz ruszyć do przodu, że już tutaj Twoja wiara zaczęła Cię uzdrawiać. Na koniec usłyszysz tylko potwierdzenie tego.

Aby ten proces mógł się dopełnić, Bartymeusz czyni jeszcze trzy kroki, trzy gesty. Najpierw odrzuca płaszcz, potem zrywa się na nogi, a wreszcie podchodzi do Jezusa. Zdejmuje z siebie to, co go chroniło przed słońcem, zimnem, wiatrem,  ale też przed ludźmi, samym sobą, Bogiem. Co Ty potrzebujesz odrzucić od siebie, by móc zbliżyć się do pełni Życia? Potem zrywa się na nogi. On nie wstaje powolutku, w nim jest olbrzymi dynamizm, chęć życia. On wie, że nie może zwlekać, że taka okazja może się nie powtórzyć. A potem przychodzi do Jezusa. Cała Ewangelia jest naznaczona osobami, które przychodzą do Jezusa. Potrzeba przebyć pewną drogę, przejść pewien proces, na końcu którego usłyszysz: „Twoja wiara Cię uzdrowiła”. Wiara, która ujawniła się w chwili pierwszego wołania. Trzeba przejść całą drogę wiary, by te słowa usłyszeć: Uwierzyć Temu, który wychodzi z Jerycha, nie zniechęcać się przeszkodami zewnętrznymi i wewnętrznymi, uwierzyć słowom „bądź dobrej myśli”, odrzucić płaszcz, zerwać się i podejść do Jezusa. Na koniec trzeba powiedzieć Mu o swoich pragnieniach, tej najgłębszej energii pchającej do życia. Trzeba usłyszeć: „Co chcesz, abym Ci uczynił?” Droga wiary… jaka ta wiara jest u Ciebie? Porozmawiaj o tym z Jezusem dzisiaj. Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Oct 31, 08:10
Prawdziwe i Pełne Życie

Wprowadzenie do modlitwy na środę, 31 października

Tekst: Łk 13, 22-30

Prośba: o łaskę zjednoczenia z Bogiem – Miłością i pozwolenie, byś powoli przemieniał się w Miłość.

1.   Jakiegoś człowieka interesuje liczba osób zbawionych. To pytanie i w nas może wzbudzać niepokój. Czy w tym gronie znajdziesz się i Ty? Czy przypadkiem czegoś Ci „nie brakuje”? Jezus nie odpowiada wprost na to pytanie, lecz wskazuje drogę, którą trzeba podążać, by móc wejść do Królestwa niebieskiego. Mówi o ciasnej bramie, a więc takiej, przez którą nie wejdzie na raz tłum ludzi. Mało tego, prawdopodobnie tłumy się tam w ogóle nie pchają. Próbują iść inną drogą. Rozważaj przez chwilę te słowa Jezusa. Co one mówią o Twoim życiu? Co dla Ciebie może oznaczać ciasna brama?

2.   Kiedy ludzie na zewnątrz pukają do bramy, słyszą, że Jezus ich nie zna. Czy nie chciał ich poznać? A może oni nie dali Mu się poznać. Jak bardzo Ty znasz Jezusa, a jak On zna Ciebie? Nie stawiaj zasłony dymnej słowami, że „przecież Bóg wie wszystko, więc na pewno mnie zna”. To może być tania wymówka, by nie musieć wchodzi z Bogiem w relację, nie musieć budować z Nim więzi. A o to, tak naprawdę, chodzi w Królestwie niebieskim. Bo skoro „On wszystko wie”, to już nie muszę z Nim rozmawiać, nie muszę może nawet się modlić, otwierać przed Nim serca. Lecz wtedy będę podobny do tych ludzi na zewnątrz, wołających: „Przecież jadałeś pośród nas i nauczałeś. Widziałem Cię, nawet słuchałem czasem”. Usłyszysz jednak twarde: „Nie znam Cię!” Nie znam, bo nie mamy żadnej relacji, żadnej bliskości, nie wiem, kim jesteś. Nie wpuściłeś mnie, nie zaprosiłeś do swego życia. Może wręcz mówiłeś, że „nie będę się Jemu naprzykrzał, a On mi”. Znajomość tego, co Jezus nauczał i z kim jadał i kiedy – to żadna znajomość. Ona dotyka tylko tego, co powierzchowne. Spotkaj się na tej modlitwie ze sobą w swoim sercu i zobacz, czy nie ma u Ciebie takich przestrzeni, do których nie chcesz Boga dopuścić, o których On nic nie wie. A nie wie, bo chciałby to wiedzieć z pierwszej ręki, czyli od Ciebie…

3.   Powróć na koniec modlitwy do ciasnej bramy. Czym ona może być dla Ciebie? Ciasna brama może być obrazem, metaforą życia, które idzie pod prąd, które nie zgadza się na płytkie, powierzchowne oceny siebie, drugiego człowieka i rzeczywistości (świata). Ciasną bramą idzie człowiek, który nie tylko ma swoje zdanie, ale też je wyraża, nie próbuje być „poprawny politycznie”, nie robi czegoś „dla świętego spokoju”, żyje konsekwentnie wartościami, które odkrywa w sobie i w świecie. Wchodzi ciasną bramą człowiek, który przyjmuje rzeczywistość (=życie) z tym, co ona przynosi i bierze odpowiedzialność za to, jak na nią reaguje. Ufa sobie i ludziom, bo Bóg pierwszy jemu zaufał. I można by tutaj dopisać wiele innych cech. Nade wszystko jednak to człowiek, który wie, że nie jest taki o swoich jedynie siłach, bo jest taki wspaniały i zaradny. On wie, że to dzieło Boże w nim, które on przyjmuje i pozwala Bogu działać w swoim życiu. On wie i przeżywa to w taki sposób, że to wszystko czyni w nim Bóg, z którym ma bliską relację, więź. Wchodzić ciasną bramą oznacza czasem być jak samotny wilk, idący pod prąd różnym modom, trendom, przyzwyczajeniom i starym schematom. To wchodzenie na bezdroża, w których jednak może poczuć swoją prawdziwą tożsamość, zakorzenioną w Bogu i miłości. Taki człowiek kocha innych i będzie swoim życiem wskazywał innym drogę do ciasnej bramy. Bramy, która paradoksalnie jest drogą do nieskończonych i nieogarnionych przestrzeni Prawdziwego i Pełnego Życia. Kim jesteś? Jaką bramą chcesz wchodzić? Jakie budzą się w Tobie pragnienia w tym względzie? Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Lis 1, 08:21
Błogosławiące patrzenie

Wprowadzenie do modlitwy na czwartek, 1 listopada, Wszystkich Świętych

Tekst: Mt 5, 1-12a

Prośba: o przyjęcie Bożego patrzenia na Ciebie, które czyni Cię błogosławionym.

1.   Jezus widzi tłumy, który przyszły z różnych stron i wychodzi na górę. Jakby bierze dystans, chce na wszystko spojrzeć z pewnej odległości. Ona pozwala na większą obiektywność, na lepsze widzenie spraw. Każda prawdziwa bliskość potrzebuje też dystansu, potrzebuje przestrzeni, by mogła się rozwijać. Pomyśl o tym przez chwilę. Jezus nie został sam, ma przy sobie uczniów, a więc tych, którzy są Mu najbliżsi. Ty też czasem potrzebujesz dystansu do rzeczywistości, do tego tłumu osób, spraw do załatwienia a nawet własnych myśli, by móc spotkać się w sobie z tym, co jest Ci najbliższe, co jest głębsze niż powierzchowne sprawy do załatwienia. Spotkaj się ze sobą w głębinach Twego serca. Zrób to tak, jak potrafisz.

2.   Tych swoich najbliższych Jezus naucza słowami błogosławieństw. Kieruje do nich słowo, które ma moc przemienić serce. Błogosławieństwo wypowiedziała wcześniej Maryja w swoim hymnie Magnificat. Wyśpiewała tam, iż „oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia”. Będą ją nazywać błogosławioną. Dlaczego? Maryja odkrywa to w wersie poprzedzającym: „bo (Bóg) wejrzał na uniżenie swojej służebnicy”. O co więc chodzi? Dla ludzi Wschodu świętość jest przekazywana przez świętych za pomocą spojrzenia. Spojrzenie człowieka Bożego jest błogosławieństwem. O ile bardziej więc, kiedy patrzącym jest Bóg! I Jezus dziś wypowiada błogosławieństwa. To jakby chciał powiedzieć, że właśnie w taki sposób patrzy Bóg na tych wszystkich, których dotyczą błogosławieństwa. Jego spojrzenie niesie błogosławieństwo. Uświadom sobie, że Bóg patrzy na Ciebie. Jaki jest to wzrok? Czy wierzysz temu spojrzeniu? Św. Ignacy chce, by człowiek wchodzący w modlitwę „wzniósł umysł ku górze i rozważał, jak Bóg patrzy na mnie”. Chce, by każda modlitwa tak się rozpoczynała, bo przecież relacja z człowiekiem również rozpoczyna się od popatrzenia na siebie nawzajem. Uświadamiaj sobie Boże spojrzenie tak często, jak to tylko możliwe, a na pewno przy każdej modlitwie. Po pewnym czasie zauważ różnicę w Twoje relacji do Boga, siebie, innych ludzi. Zobacz, jak zmieni Ci się spojrzenie na świat.

3.   Błogosławieństwa są dość podobne do maryjnego Magnificat. Oba teksty mówią, że Królestwo Boże nie jest tym, czym jest królestwo tego świata. To coś rewolucyjnego w spojrzeniu na rzeczywistość. Bo znakiem widzialnym panowania Boga (które przynosi Jezus), jest uniżenie pysznych, upadek mocnych a wywyższenie pokornych i ubogich. Maryja zapowiada to, co Jezus dzisiaj mówi w błogosławieństwach: że przynosząc Boży plan, który chce zmienić strukturę tego świata faworyzującego tych najmocniejszych i najbogatszych. Lecz nie chodzi tu o tych ubogich, którym brakuje pieniędzy lub nie posiadający żadnych własności. Ubodzy i pokorni to ci, którzy w swym sercu liczą na Boga (niezależnie od stanu posiadania), którzy mają w sobie bojaźń Bożą (por. Ps 34), szukają Boga mając złamane serca i ducha pogrążonego w ucisku. Zarówno Maryja, jak i Jezus, mówią nie tyle o rodzajach społecznych, co o rodzajach ducha. Bóg, który spogląda na każdego i widzi Jego serce. I to Jego spojrzenie czyni człowieka błogosławionym. Bądź dzisiaj z Jezusem na górze i spotkaj się z Nim w swoim sercu. Pozwól Mu mówić do Twego serca, pozwól Mu patrzeć, pozwól przemieniać i czynić błogosławionym, tzn. żyjącym jak On, żyjącym Nim w pełni. Grzegorz Ginter SJ

Bożena
Bożena Lis 4, 08:44
Nastrojone serce

Wprowadzenie do modlitwy na 31 Niedzielę zwykłą, 4 listopada

Tekst: Mk 12, 28b-34 oraz Pwt 6, 2-6

Prośba: o serce nastrojone do fal miłości Bożej.

1.   Być może zawsze, kiedy słyszymy o miłości jako przykazaniu, coś w nas się buntuje. Czy miłość można zadekretować w przykazaniu? Czy miłość można przy-kazać, na-kazać, a już w ogóle czy można do nie przymusić? Upraszczając bardzo, miłość zawiera w sobie zarówno element rozsądku, jak i „szaleństwa”. Miłość jest roztropna i dobrze planuje czyny, które ma do wykonania. Z drugiej strony ów element szaleństwa sprawia, że miłość ma swoją temperaturę i klimat – nie jest zimną i wyrachowaną, kalkulującą tylko to, co się opłaca. Bardzo dobrze to widać na przykładzie Marii, która drogim olejkiem namaszcza nogi Jezusa. Judasz i uczniowie od razu zaczynają kalkulować, przeliczać pieniądze. Nie mieści im się w głowie, że można tak kochać. Może m.in. dlatego uciekli spod krzyża, nie mieściło im się w głowie, że można AŻ TAK kochać. Ale o takiej miłości mówi już Pieśń nad pieśniami: „gdyby ktoś za miłość oddał całą majętność swoją, pogardzą nim tylko” (Pnp 8, 7). Uświadom sobie, jaka jest Twoja miłość? Jak Ty ją rozumiesz, a w czym jej nie rozumiesz?

2.   O co może chodzić Jezusowi, kiedy mówi o miłości, jako przykazaniu? Czy rzeczywiście o to, że „masz kochać i już”? Czy wyczuwasz w tym jakiś przymus? A może bardziej pragnienie serca? W jakim świecie się odnajdujesz bardziej, do jakiego Ci bliżej? Czy do takiego, gdzie każdy walczy z każdym, wszyscy są pozamykani i podejrzliwi, czyhający na siebie nawzajem? Czy fascynuje Cię taki świat, gdzie każdy jest dla każdego wilkiem, wrogiem i chodzi o to, by zwyciężył większy, lepszy, silniejszy? A nawet, gdy teraz taki jesteś, na jak długo wystarczy Ci sił? A potem przyjdzie ktoś lepszy od Ciebie i… Wyobraź sobie, jak wyglądałby świat wokół Ciebie, gdyby spełniało się w nim to, o czym pisał św. Paweł w Hymnie o Miłości (1 Kor 13, 1-13). Czy tęsknisz za taką miłością?

3.   Wydaje się, że Bóg bardzo tęskni za taką miłości, marzy, by człowiek kochał w ten sposób. Ale grzech czyni w nas pęknięcie, ranę, na której tak bardzo się koncentrujemy, że zapominamy kochać. Kiedy Jezus mówi o miłości jako przykazaniu, być może chce nam powiedzieć, byśmy starali się nastroić nasze serce na fale Bożej miłości. Nie dlatego, że to przymus czy obowiązek, lecz dlatego, że do tego zostaliśmy powołani. Grzech sprawia, że nasz wewnętrzny nadajnik/odbiornik rozstroił się (upraszczając bardzo) i potrzeba dużo czasu, zanim złapie właściwe fale. Fale miłości, które dotykają głębi naszego serca. Nasza najgłębsza część, nasza najbardziej wewnętrzna intymność jest stworzona, by kochać. Przykazanie miłości mówi jedno: ze wszystkich sił staraj się nastroić swoje serce na Miłość. To sprawia, że życie staje się wieczne już teraz. Porozmawiaj z Jezusem o Twoim sercu. Posłuchaj, co On chce Ci powiedzieć o swojej miłości do Ciebie. Czy takiej miłości pragniesz? Jak chcesz Mu ją odwzajemnić? Grzegorz Ginter SJ

 

Bożena
Bożena Lis 7, 07:43
Mieć na wykończenie

Wprowadzenie do modlitwy na środę, 7 listopada

Tekst: Łk 14, 25-33

Prośba: o serce wolne, rozpalone miłością i zaangażowaniem.

1.   Najpierw znajdź się w tłumie, który idzie za Jezusem. Zobacz Pana odwracającego się i mówiącego. Wydaje się to takie „ni stąd, ni zowąd” – zaczyna mówić do tych, którzy idą za Nim. Mówi im, że trzeba wszystko porzucić, by iść za Nim, mieć to w nienawiści. Oczywiście, nie chodzi tutaj o uczucie – gest odwracania się plecami od swoich bliskich. Mało tego, Jezus mówi również o swoim życiu. Dziś wielu ludzi dosłownie nienawidzi samych siebie. Czy mógłby sobie przeczyć, skoro w innym miejscu mówi, że największe przykazanie to miłość Boga oraz bliźniego „jak siebie samego”? Posłuchaj słów Jezusa i staraj się zrozumieć ich sens do Twojego życia. W jakich przestrzeniach życia stawiasz Boga na najważniejszym, JEDYNYM dla Niego miejscu? Do jakich przestrzeni Twego życia nie ma On dostępu, albo ograniczony „sam sobie świetnie radzę”? Tu nie chodzi o to, by Bóg był mi do czegoś potrzebny – On nie chce być użyteczny dla mnie, On jest źródłem mego życia, bez Niego nie istnieję. Nie jest dodatkiem do życia, lecz Jego początkiem i spełnieniem.

2.   Zobacz, że dzisiejszy tekst jest bardzo ciekawie skomponowany. Początek i koniec mówią o tym, co trzeba puścić, by pójść za Jezusem, a w środku Jezus daje dwie przypowiastki, mówiące o tym, co trzeba „mieć”. Budowa wieży oraz wyprawa wojenna. Jeśli brakuje Ci środków na wykończenie budowli albo wojska do obrony – szukaj innych rozwiązań. Z jednej strony „ma Ci brakować”, z drugiej „żeby Ci nie brakowało”. Takie przedstawienie sprawy ma pobudzić Twoje myślenie i serce do spojrzenia na to, o co naprawdę Jezusowi chodzi. Bo nie o to, by odsuwać się od wszystkich ludzi, by przypadkiem „nie zgarnęli” Ci Boga sprzed oczu. Nie po to masz „znienawidzić” bliskich i siebie samego, by Bóg mógł być na jedynym, sobie właściwym miejscu w Twoim życiu. Chodzi o coś innego i warto, byś nad tym dzisiaj medytował. Bo jeśli komuś brakuje środków na wykończenie wieży, albo wojska, by wyruszyć na wojnę… Czy masz dość zaangażowania, kreatywności, pragnień, czyli miłości – by iść za Chrystusem aż do końca? Czy będziesz z Nim niezależnie od tego, co się z Nim lub z Tobą wydarzy? Czy to jest prawdziwa, głęboka, intymna więź – to, co Ciebie łączy z Jezusem? Być z Nim aż do końca – aż wieża zostanie ukończona, aż wojna zostanie wygrana… Aby to się stało, będzie trzeba odsuwać inne relacje, a nawet swoje własne potrzeby i wygody. Czy jesteś na to gotów? Czy to Cię pociąga? A może Bóg to tylko kwiatek do kożucha, miły dodatek (o ile jest miły)? Porozmawiaj z Nim o Waszej wzajemnej więzi…Grzegorz Ginter SJ

Strony: « 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10